/

Jak to jest mieć 108 lat?
Wywiad z dr Paulą Dobosz, redaktor naczelną FiMG

avatar
mgr Katarzyna Zawadzka 26 Kwi, 9 minut czytania

Czy zastanawialiście się kiedyś kim jest redaktor naczelna Genetyki?

Kiedy pierwszy raz Paulę poznałam i kiedy zaczęła opowiadać, gdzie była, co studiowała i gdzie pracowała, moje oczy zrobiły się okrągłe jak spodki i wykrzyknęłam – Paula to Ty musisz mieć ze 108 lat! Paula swoimi tytułami i doświadczeniem mogłaby obdzielić z 5 naukowców, a do tego z prawdziwą pasją zajmuje się edukacją. Od wielu lat prowadzi fanpage Fakty i Mity Genetyki, gdzie pisze o wszelkich nowinkach genetycznych i stara się przybliżyć tą fascynującą dziedzinę nauki. Od prawie dwóch lat realizuje niezwykły projekt i dostarcza Wam internetowe kompendium wiedzy o Genetyce. Zgromadziła wokół siebie niezwykłych ludzi, znakomite osobistości i autorytety w dziedzinie genetyki, którzy bezinteresownie dzielą się z nami swoją wiedzą i wspaniale opowiadają o jej zawiłościach.

Wywiad z Paulą to prawdziwa uczta. Zapraszam serdecznie

 

KZ: Zacznijmy od tematów bieżących. Aż dwie kobiety (Emmanuelle Charpentier i Jennifer A. Doudna – przyp. autorki) zostały laureatkami Nagrody Nobla w dziedzinie chemii. Uważasz, że nastąpił przełom i kobiety w nauce zaczną być bardziej doceniane?

PD: Bardzo bym chciała, żeby tak było. Obawiam się jednak, że dużo wody jeszcze upłynie, nim wszędzie na świecie nastąpi równouprawnienie. Rzut oka na historię i okazuje się, że coś, co dzisiaj uważamy za pewnik, wydarzyło się zaledwie sto-sto pięćdziesiąt lat temu – na przykład możliwości studiowania na uniwersytetach. A prawa do głosowania? W Polsce ledwo ponad sto lat temu, co i tak było niezłym wynikiem, bo na przykład taka Portugalia przyznała kobietom pełne prawa, w tym wyborcze, dopiero w 1976 roku, Szwajcaria po roku 1970tym. Unia Europejska od wielu lat przygotowuje niezmiennie smutne raporty dotyczące „gender inequality”, z których wynika jasno, że znajdujemy się wciąż w ogonku Europy: niewiele jest kobiet w polskim rządzie, niewiele w radach nadzorczych czy na wyższych szczeblach zarządzających dużych firm, podobnie jest też w akademii, gdzie kobiet piastujących najwyższe stanowiska z tytułem profesorskim jest zaledwie kilka procent. I teraz podstawowe pytanie, na które psychologowie odpowiedzieli sobie już dawno temu: z czego wynika ten stan rzeczy? Zdecydowanie z uwarunkowań kulturowych i naszego pokrytego mchem postrzegania roli kobiety w społeczeństwie. Tylko tyle i aż tyle, bo okazuje się, że takie elementy najtrudniej jest zmienić.

 

KZ: Co sprawiło, że zainteresowałaś się nauką, biologią, medycyną? Kiedy zrozumiałaś, że to jest to czym chce się w życiu zajmować?

PD: Trudne pytanie, mogę odpowiedzieć „nie wiem”? Nie mogę, OK. Zatem prawdziwe będzie tutaj stwierdzenie, że to był raczej proces, niż nagłe olśnienie. Ewolucja, nie rewolucja. Wiedziałam zawsze, że raczej kierunki ścisłe, nie humanistyczne, że raczej przyroda i człowiek, nie maszyna czy komputer. Początkowo sądziłam, że będą to wirusy lub neuronauka – w podstawówce czy liceum marzyłam o misjach medycznych w rejony dotknięte np. epidemią Eboli czy Hanta. Na studiach początkowo wybrałam neuronaukę, ale szybko okazało się, że nie jest w stanie wykonać perfuzji u żywego szczura, po prostu nie widziałam sensu w takich działaniach wyłącznie po to, żebym ja, głupia studentka, mogła się tego nauczyć. Mogłam oczywiście przez przypadek podać więcej anestetyku, albo zwyczajnie zrezygnować. Wybrałam drugą opcję i tym sposobem zmieniłam trajektorię na genetykę. Ta decyzja okazała się być strzałem w dziesiątkę i z każdym dniem odkrywałam coraz bardziej fascynujące elementy ludzkiego ciała, a przede wszystkim to, jak wiele wciąż nie wiemy. To oczywiście nie była prosta droga, zaliczyłam po drodze kilka fascynacji innymi dyscyplinami, głównie związanymi ze sportem, ale szybko wracałam do głównego nurtu. Potem „zjawiły się” w moim naukowym życiu nowotwory i genetyczne podłoże tych fascynujących chorób. I wiem, że teraz część osób może poczuć się urażona, że jak to nowotwory są fascynujące – a dla mnie są, z genetycznego punktu widzenia, bo dzieje się tam niesamowicie dużo i żaden guz nie jest taki sam. Ba! Nawet dwa przerzuty u tego samego pacjenta mogą być całkowicie odmienne genetyczne, co zresztą wyjaśnia, dlaczego każdy pacjent i każdy guz muszą być leczeni indywidualnie. Podawanie wszystkim tego samego zwyczajnie nie może działać i nie działa.

 

KZ: Skąd się wzięło się Twoje zainteresowanie immunologią nowotworów?

PD: Z artykułów i książek 🙂 Coś tam kiedyś przeczytałam o immunologii i związku z nowotworami, i nie uwierzyłam, że nic nie wiemy. To było wiele lat temu i teraz już coś wiemy, a na pewno więcej niż wtedy, ale nadal to takie białe plamy na mapie – totalnie mnie to wciągnęło i zapragnęłam wiedzieć więcej. Immunoonkologia to była wtedy raczkująca dziedzina, choć powstała w końcu XIX wieku, i dopiero odkrycia Noblistów z 2018 roku (Honjo i Allison) przywróciły jej należny blask. Immunoonkologia, wraz z terapiami celowanymi, to najskuteczniejsze metody leczenia nowotworów, dzisiaj nie trzeba już o tym nikogo przekonywać. Pozostaje wciąż bardzo wiele pytań, na które nie mamy odpowiedzi. Na przykład wiemy, że jeśli już immunoterapeutki działają u jakiegoś pacjenta onkologicznego, to działają zwykle fenomenalnie i dają odpowiedź na bardzo długo. Nie wiemy na jak długo, bo wielu z tych pacjentów po prostu wciąż sobie żyje. Ale dlaczego nie działają u wszystkich pacjentów? I co zrobić, żeby zadziałały?

 

KZ: Twój życiorys prezentuje się naprawdę imponująco – Uniwersytet Jagielloński, University of Cambridge… A gdybyś sama miała napisać sobie notkę biograficzną, co by w niej było? Kim jest dr Paula Dobosz?

PD: Ojejku, jakie trudne pytania dzisiaj… To ja zostawię pisanie notek biograficznych biografom, którzy zresztą najaktywniej działają po śmierci osoby, zatem ja wciąż żyję i skupię się raczej na czerpaniu z tego życia garściami. To jest taki element, którego człowiek bardzo szybko się uczy, pracując w onkologii, żeby nie odkładać absolutnie niczego na jutro. Zresztą, nie tylko w onkologii – czy ktoś spodziewał się pandemii? Daję się życiu zaskakiwać i staram się realizować swoje pomysły, nawet te najbardziej szalone i z małą szansą powodzenia, teoretycznie. Bo nigdy nie wiadomo, jak skończy się dzień 🙂

 

KZ: Twój blog Fakty i Mity Genetyki stał się na tyle popularny, że obecnie wchodzi w zakres obowiązkowych czasopism na Uniwersytetach i Uczelniach Medycznych! Opowiedz nam historię powstania tego bloga.

PD: To jest wielki powód do dumy, a zarazem wstyd mi, że tak bardzo go zaniedbuję z braku czasu. Powstał ponad 10 lat temu z braku, z potrzeby. W polskim internecie nie było wtedy miejsc, gdzie ludzie mogliby znaleźć rzetelne informacje z zakresu genetyki, książki były słabe i totalnie przeterminowane, a znajomość języka angielskiego pozostawała Achillesową piętą nie tylko studentów. Pomyślałam sobie, że może warto byłoby stworzyć takie miejsce, gdzie ludzie zadawaliby pytania, a ja starałabym się na nie odpowiadać. I dokładnie tak to na początku wyglądało. Teraz jest nas już więcej, poza odpowiadaniem na pytania internautów dzielimy się też najnowszymi doniesieniami z dziedziny genetyki medycznej, a na dodatek powstał magazyn Genetyka (https://genetyka.bio) , którego każde wydanie przygotowuje sztab fantastycznych ludzi, zapraszając do dzielenia się swoją wiedzą wspaniałych specjalistów, nie tylko zresztą genetyków. Genetyka to także dyscyplina szczególnie podatna na tworzenie się fake news, dlatego sporą część naszej pracy pochłania rozprawianie się z głupotami. Czasem aż ciężko mi uwierzyć w bzdury, które ludzie wypisują w internecie – i szok jak w ogóle można w takie rzeczy wierzyć. To tylko pokazuje, jak wiele mamy do zrobienia w sprawie edukacji, nie tylko zresztą genetycznej.

 

KZ: Jakie jest najdziwniejsze/naśmieszniejsze zdarzenie jakie ci sie przytrafilo jako popularyzatorce nauki?

PD: Człowiek, który z pełną powagą prosił o zmodyfikowanie go tak, aby wyrosły mu skrzydła. Zupełnie na serio. Chciał podpisać każdy dokument i zgodzić się na każde ryzyko czy warunki finansowe nawet. Najpierw byłam przekonana, że to żart. Potem jednak zwątpiłam i po kilku rozmowach, jako psycholog, zwyczajnie odesłałam go na konsultację psychiatryczną.

 

KZ: Oprócz niezwykłego doświadczenia w dziedzinie genetyki, w 2015 roku uzyskałaś tytuł doktora psychologii sportu. Opowiesz nam coś więcej na ten temat? Z jaką Twoją pasją jest to związane?

PD: Do doktoratów faktycznie miałam parę podejść i ciągle nie jestem przekonana. Ten akurat był wynikiem sportowej pasji i związanych z nią obserwacji, które w dużej mierze potwierdziły się w prowadzonych wtedy przeze mnie badaniach. Nie jest tajemnicą, że nie mogę żyć bez ruchu i o wiele łatwiej, niż do kina czy na piwo, da się mnie wyciągnąć na jakiś trening 🙂

 

KZ: Od ponad roku pracujesz jako Dyrektor ds Rozwoju Naukowego w MNM Diagnostics. Na czym dokładnie polega Twoja rola?

PD: Na ewolucji! Przy czym szybkiej ewolucji podlegam zarówno ja, jak i cały nasz MNM, i nie wyobrażam sobie życia bez tej naukowej ewolucji. Dbam o to, abyśmy wszyscy nieustannie mieli pełne ręce roboty: nowe, ciekawe projekty, udział w różnych wydarzeniach, konferencjach, konkursach, popularyzacja nauki. To funkcja, która łączy w sobie zarówno naukę i umiejętności managerskie, których muszę się najbardziej uczyć. To również praca z ludźmi, która nie zawsze jest łatwa i przyjemna, ale daje ogromnie wiele satysfakcji. Nie pozwala stanąć w miejscu, bo i nauka nigdy nie stoi w miejscu. Coś, czym zajmowaliśmy się w ubiegłym roku, w zasadzie jest już nieaktualne, więc trzeba szybko nowe rzeczy zaimplementować, zmodyfikować, a może nawet wynaleźć. To nasz chleb powszedni, zmienianie rzeczywistości i zmienianie siebie. Można powiedzieć „OK, nowotwory są, zawsze były i zawsze będą. Ludzie będą umierać z ich powodu. Trzeba się do tego przyzwyczaić.” A my się z tym nie zgadzamy, ten stan rzeczy można zmienić, ale oczywiście nie dokona tego jeden człowiek w jednej chwili. Potrzeba wielu zmian dokonywanych konsekwentnie i systematycznie, to już się dzieje.

 

KZ: W pracy nawiązujesz kontakty z różnymi osobami, z różnych środowisk, z różnorodnym doświadczeniem. Jak przebiegają pierwsze rozmowy? Jak się do nich przygotowujesz? Jak przełamujesz lody?

PD: To bywa szalenie ciężkie i stresujące, zwłaszcza dla osoby o dość introwertycznym nastawieniu. Do każdego spotkania staram się dobrze przygotować przede wszystkim merytorycznie. Zdarza mi się również czytać o osobie, z którą zamierzam się zobaczyć, zwłaszcza, jeśli jest to ktoś znany i mądry. Staram się zrozumieć, gdzie mamy wspólne pola porozumienia, co nas interesuje i co możemy zrobić razem. Nie znam pojęcia konkurencji, uważam, że to zabija naukę i rozwój w nauce, bo żaden Noblista nie dokonał niczego solo – każdy z nich miał za sobą armię gigantów. Takie spotkania to również okazja do mojego własnego rozwoju – pomimo ogromnego stresu, jaki się z nimi wiąże, zawsze uczę się czegoś nowego, poznaję fantastycznych ludzi, których pewnie nie miałabym okazji poznać w żadnej innej pracy. Daje mi to bardzo wiele satysfakcji i bardzo to lubię. Ale zdarza się, że po takim spotkaniu padam na łóżko i śpię kilkanaście godzin 🙂

 

KZ: Jak rozmawiasz z lekarzami, partnerami, politykami, żeby przekonać ich, że zmiany obecnego systemu opieki zdrowotnej i poprawa wyników leczenia pacjentów onkologicznych jest możliwa?

PD: Zawsze szczerze i otwarcie. Rozmawiam jako naukowiec i medyk, przedstawiam fakty i pokazuję, że wszyscy na tym możemy zyskać, a przede wszystkim nasi pacjenci. To jest sytuacja win-win i tylko takie scenariusze mnie interesują. Zresztą, odkryłam ostatnio, że ktoś ten model negocjacji kiedyś opisał, to się nazywa Harvard Negotiation Model, i było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, że coś takiego istnieje w książkach, bo zawsze miałam w głowie taki okrutny obraz negocjacji w modelu, w którym ktoś przegrywa, ktoś jest mniej zadowolony itp. To po prostu nie pasowało mi do nauki.

 

KZ: Jesteś osobą, która na co dzień musi się mierzyć z różnymi wyzwaniami. Co daje Ci najwięcej satysfakcji?

PD: Tu mogłabym rozpisywać się o jakichś wygranych sportowych czy skończeniu uczelni, ale podzielę się czymś innym. To coś zupełnie nowego, co przydarzyło mi się ostatnio, i sprawiło, że poszybowałam pod sufit z radości. To uznanie ludzi, z którymi pracuję na co dzień. Stanowimy świetny i zgrany zespół, pracujemy dużo zdalnie, co nie jest wcale takie łatwe, bo na przykład łatwo o kimś zapomnieć, pominąć, nie dogadać się, niezrozumieć; mamy do siebie ogromne zaufanie i wiem, że możemy razem przenosić góry. To bardzo cenne i bardzo rzadkie. Każdy najmniejszy nawet codzienny sukces kogokolwiek z zespołu przeżywam jak własne sukcesy. Podobnie zresztą z wyzwaniami – mogłyby być nie do przeskoczenia dla jednej osoby, ale jeśli mamy w zespole ludzi z różnymi doświadczeniami, rozwiązanie każdego problemu pozostaje jedynie kwestią czasu.

 

KZ: Gdzie widzisz największy potencjał w leczeniu raka – która technologia ma szansę stać się dostępną dla każdego?

PD: Wyłącznie leczenie spersonalizowane. Wciąż wielu ludzi postrzega raka jako jedną i tą samą chorobę, a to kolosalny błąd, który sprawia, że ludzie wciąż na raka umierają. Każdy człowiek jest inny, każdy nowotwór jest inny. Wiedzą to doskonale analitycy genomowi z naszego zespołu – pomimo faktu, że przeanalizowali już tysiące przypadków, nie sądzę, aby znaleźli dwa takie same nowotwory. A zatem jakim cudem wciąż upieramy się, żeby wszystkich pacjentów leczyć tak samo? To przecież nie może się udać. Każdy nowotwór jest chorobą naszego genomu, wynika z mutacji, które nam się gdzieś tam w ciągu życia przydarzają. Trzeba je dokładnie zidentyfikować i połączyć z odpowiednim leczeniem, innymi słowy – znaleźć słabe punkty danego nowotworu i dokładnie w nie uderzyć. Precyzyjnie i skutecznie. Nie ma i nigdy nie będzie „jednego leku na raka”, i tutaj patrzę na wszystkich pismaków, którzy chętnie takie brednie wypisują.

 

KZ: Czy widzisz w przyszłości diagnostykę genetyczną i immunoonkologię pracujące razem ku skutecznej terapii?

PD: Nie mogą bez siebie istnieć i nie wyobrażam sobie innej możliwości skutecznego leczenia. Zresztą, nie tylko immunoonkologia, ale cała onkologia, szczególnie zaś terapie celowane – dla wszystkich nowoczesnych metod niezbędna jest dobra diagnostyka genetyczna. Nie możemy przecież strzelać w ciemno. Aby trafiać, musimy wiedzieć, jaki jest cel – czyli zmiany genetyczne, jakie spowodowały powstanie nowotworu u danego pacjenta.

KZ: Jakie jest Twoje najbardziej szalone marzenie dotyczące rozwoju genetyki?

PD: Takie urządzonko, coś w stylu Nanopore, które miałby przypięte do laptopa każdy genetyk, wraz z oprogramowaniem, umożliwiające szybką analizę całego genomu pacjenta i wypluwające istotne z klinicznego punktu widzenia zmiany. Powiedzmy w ciągu 2-3h. Wysyłamy pacjenta na kawkę czy obiad, a my robimy błyskawiczną analizę. Czy to w chorobach rzadkich, czy też w onkologii. Przy czym w onkologii chciałabym jeszcze, żeby pacjenta leczył zespół specjalistów, a nie jeden onkolog. To dlatego, że wiedzy jest obecnie taki ogrom, iż nie sposób wiedzieć wszystkiego ani śledzić każde doniesienie w każdej medycznej dziedzinie. Współpraca i jeszcze raz współpraca.

 

KZ: Jak najchętniej spędzasz czas wolny? Może zdradzisz jakąś ciekawostkę o sobie?

PD: Najchętniej w lesie albo na jakimś parkiecie, może być taneczny, może być squashowy. I to głównie dlatego, że w okolicy nie ma akurat blisko gór, w które można by wyskoczyć po pracy. To wcale nie jest tylko problem Warszawy. Jakoś tak dziwnie się składa, że wszystkie ośrodki naukowe, w których dotychczas pracowałam, zawsze są bardzo daleko od gór. Muszę dobrze przemyśleć ewentualne przyszłe lokalizacje 😉

 

Podziel się: