20 terapii antynowotworowych, które nie działają

avatar
mgr Katarzyna Tylak 26 Mar, 10 minut czytania

Mówi się, że tonący brzytwy się chwyta. W onkologii jednak całkiem częste są sytuacje, gdy chorzy nie tyle chwytają się brzytwy, co mniej lub bardziej świadomie jednocześnie podcinają sobie żyły i kładą głowę pod gilotynę: dają się oszukać szarlatanom. Płacąc kosmiczne ceny naciągaczom, kładą na szali swoje życie. Chcąc za wszelką cenę wyzdrowieć, pacjenci czasem wolą zastosować w terapii podejrzane specyfiki o magicznych mocach niż prawidłowe leczenie onkologiczne. A jest w czym wybierać, bo dziwacznych terapii nie brakuje. Poniżej lista najbardziej popularnych, z którymi możecie się spotkać przeglądając szemrane strony w Internecie, mało wiarygodne czasopisma czy słuchając audycji popularnych stacji radiowych lub telewizyjnych, gdzie celebryci wypowiadają się w roli autorytetów z dziedziny zdrowia.

  1. Wlewy z mega dawek witaminy C
  2. Pestki moreli albo dyni
  3. Czarna glinka z Kaukazu (albo Morza Martwego, albo dowolnego innego miejsca na Ziemi)
  4. Soki z owoców noni – morwy indyjskiej (i zjadanie tych owoców także)
  5. Olej z czarnuszki
  6. Kurkuma
  7. Terapia Gersona i soki
  8. Mielony ostropest
  9. Terapia enzymami
  10. Umieszczenie cieciorki w specjalnie zrobionej ranie (zwykle na nodze)
  11. Vilcacora
  12. Terapia polegająca na zagłodzeniu raka (który miałby się żywić cukrem) i dieta ketogenna
  13. Lewatywy z kawy
  14. Rak to wynik konfliktów wewnętrznych (choroba psychosomatyczna wg. „totalnej biologii”)
  15. Woda utleniona, strukturyzowana czy plazmowana, czy posiadająca inny rodzaj pamięci
  16. Leczenie kroplówkami (zawierają w najlepszym wypadku witaminy)
  17. Terapia ciepłem – poprzez podgrzewanie całego pacjenta (nie mylić z lokalną hipertermią stosowaną w onkologii)
  18. Antyneoplastony
  19. Herbatki ziołowe, napary i wywary
  20. Akupunktura, akupresura, homeopatia, bioenergoterapia i wiele innych, ale gdzieś musimy naszą listę zakończyć

Pomysłów naprawdę nie brakuje, a naciągacze miewają niesłychaną fantazję. Z drugiej strony są jednak chorzy – prawdziwi pacjenci, którzy walczą o każdy dzień życia, o swoje zdrowie i w tej walce zdarza im się gubić rozsądek. To nie dziwi, bo chorobie nowotworowej towarzyszy często ból, a nieuchronne staje się także myślenie o czyhającej za rogiem śmierci. Zdarza się również, że choroba jest już tak zaawansowana, iż medycyna nie ma wielu opcji do zaoferowania. Do tego dodajmy kulejący system opieki zdrowotnej i nieufność społeczeństwa wobec lekarzy. W takiej sytuacji łatwo dać się porwać słowom celebrytki z telewizora. Często także członkowie rodziny i przyjaciele chorego podsuwają szemrane metody walki z nowotworami, dodając, że nie zaszkodzi, bo to naturalne, a może pomóc, w końcu chory i tak nie ma już nic do stracenia…

Czy pacjent naprawdę nie ma już nic do stracenia?

Nic bardziej błędnego. Pomijając całą medycynę personalizowaną (bo ten temat będziemy jeszcze nie raz poruszać w osobnych artykułach), która jest niezwykle skuteczna nawet w zaawansowanych postaciach raka, większość nowotworów nie jest już wyrokiem śmierci, a raczej chorobą przewlekłą. Ogromne znaczenie ma jednak moment diagnozy: jeśli zatem przez rok czy dwa będziemy pić ziółka od sąsiadki, czy cudowną czarną glinkę, a dopiero potem zgłosimy się na badania, może się okazać, że naszego zaawansowanego raka z przerzutami naprawdę nie uda się już skutecznie leczyć. I winą nie należy wtedy obarczać systemu ochrony zdrowia (choć nie jest idealny, to fakt), lecz także własne błędy, przekonanie o nieśmiertelności czy cudownej mocy ziół i innych specyfików. Bardzo szkodliwe jest także przeświadczenie, że zioła czy witaminy nie szkodzą i nie da się ich przedawkować: otóż da się, a przedawkowanie bywa śmiertelne. Co więcej, zarówno zioła, jak i witaminy, to związki chemiczne. Mogą wchodzić w interakcje z innymi lekami, modyfikując ich działanie. To kolejny z błędów, które zdarza się popełniać całej rzeszy pacjentów onkologicznych: nie wspominają lekarzom o zażywanych dodatkowo lekach, ziółkach, suplementach czy piciu glinki kupionej w Internecie, bo są przekonani, że to naturalne, a naturalne przecież nie szkodzi. Nic bardziej błędnego. Chemia to chemia, a każda witamina i każdy suplement diety – to także związki chemiczne. Nie ma jednak porównania: ziołowe pastylki czy herbatki nie będą tak przykre w zakresie swoich możliwych efektów niepożądanych, jak chemioterapia, radioterapia czy nawet nowoczesna immunoterapia. Każda z tych metod, choć może pomóc, nieodzownie łączy się z całym szeregiem nieprzyjemnych i często długotrwałych objawów. Te zaś bywają tak uciążliwe, że niektórzy pacjenci przerywają leczenie szpitalne i oddają się w ręce szarlatanów, oferujących rozmaite remedia. Obiecują sukces, podczas gdy specjaliści ze szpitala czy ze świata nauki nigdy nie powiedzą, że jakaś terapia zadziała na 100%. Wbrew pozorom jesteśmy szalenie skomplikowanymi biomaszynami, a leczenie onkologiczne jest leczeniem agresywnym i nigdy nie wiadomo, jak odpowie na nie nasz organizm.

Wlewy z witaminy C nie działają

Przyjrzyjmy się chociażby witaminie C. Jej potencjalna użyteczność w terapiach antynowotworowych jest przedmiotem dyskusji już od dziesięcioleci. Istnieją nawet pojedyncze badania, nie potwierdzone później na dużych próbach, które wskazują na jej możliwe działanie przeciwnowotworowe. Na wielu stronach internetowych można przeczytać, że witamina C, zwłaszcza podawana w dużych stężeniach, spowalnia wzrost nowotworu, a w połączeniu z niektórymi metodami standardowej terapii antynowotworowej daje wspaniałe efekty lecznicze. Jak się jednak okazuje, większość takich badań naukowych z zastosowaniem witaminy C, zostało przeprowadzonych wyłącznie na zwierzętach. Pomimo wielu podobieństw, nawet zwierzęta modelowe mają różną od naszej fizjologię – to właśnie dlatego tak wiele prób klinicznych na ludziach kończy się niepowodzeniem, choć testowany lek świetnie leczył zwierzęta laboratoryjne. Mimo, że badania kliniczne z użyciem witaminy C przeprowadzane są na małych grupach ludzi i brak dowodów na skuteczność kliniczną wlewów dożylnych z witaminy C, nie trudno jest taką kroplówkę otrzymać, za odpowiednią opłatą [1]. Podobne dywagacje dotyczą kurkuminy, nazywanej powszechnie kurkumą i jej zastosowania w terapii nowotworowej. Choć nie ma jednoznacznego stanowiska naukowego, a badania na razie dają sprzeczne wyniki, środowisko naukowe coraz bardziej sceptycznie podchodzi do tego zagadnienia. Znajdziemy takie artykuły, które mówią o jej wysokiej skuteczności w terapii różnego rodzaju nowotworów oraz o jej niskiej toksyczności – ale wnikliwa analiza tych publikacji przynosi wiele wątpliwości, tak z uwagi na małe próby, jak i zastosowane techniki badań [2]. Wciąż jednak kurkuma wykorzystywana jest obecnie w wielu badaniach klinicznych dotyczących terapii nowotworowych (NCT03980509, NCT00192842, NCT04294836). Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że kurkuma cechuje się bardzo słabą biodostępnością i jest błyskawicznie metabolizowana przez organizm, co ogranicza jej skuteczność [3]. Nie ma i raczej w najbliższym czasie nie będzie wskazań do włączania kurkuminy do leczenia onkologicznego, ale badania kliniczne mogą przynieść niespodzianki.

Cudowna woda, czyli jak szybko zarobić

Jakkolwiek kurkuma budzi wątpliwości, tak wydaje się być nieprawdopodobne, że niektórzy wierzą w zastosowanie wody utlenionej jako remedium na nowotwory. Mimo ogromnemu postępowi w medycynie w przeciągu ostatnich lat, nadal na forach można znaleźć zapytania pacjentów skierowane do lekarzy, czy i w jaki sposób mogą użyć wody utlenionej, aby pozbyć się raka. Woda utleniona, chemicznie nadtlenek wodoru, stosowana jest w produktach gospodarstwa domowego, farbach do włosów, środkach dezynfekujących, wybielaczach, odplamiaczach i tym podobnych. Dlaczego więc miałaby leczyć nowotwór? Niektórzy współcześni uzdrowiciele zalecają nawet picie wody utlenionej. Niebezpieczna procedura, zważywszy na fakt, iż dostarczenie nadtlenku wodoru do organizmu drogą pokarmową może spowodować oparzenia jamy ustnej i gardła, podrażnienie przewodu pokarmowego, nudności, blokowanie przewodu oddechowego spowodowanego pienieniem a nawet drgawki, bezdech i zatrzymanie krążenia. Badania przeprowadzone na komórkach guza mózgu wskazały, że w znacznym stopniu niszczy on również zdrowe komórki. Mimo to nadal niektórzy promują wodę utlenioną jako alternatywną terapię wielu chorób, nie tylko nowotworów, ale i AIDS czy chorób serca4.

Woda utleniona od niedawna ma bardzo silną konkurentkę: wodę plazmowaną. W Internecie bez problemu, można zamówić wodę plazmowaną, tak zwaną „nanowodę”, o rzekomych cudownych właściwościach przeciwnowotworowych. Tymczasem sprzedawcy zaznaczają wyraźnie, że woda plazmowana nie jest lekarstwem, ani nawet suplementem diety, a mimo to, żądają za litr wody nawet 50zł. Obecnie woda plazmowana nie jest stosowana w medycynie, zwłaszcza nie jako lek przeciwnowotworowy. Wbrew pozorom nauka interesuje się doniesieniami na takie tematy i żadna potencjalnie skuteczna metoda nie umyka uwadze naukowców. Niestety, tak jak w wielu innych cudownych remediach, tak i w przypadku wody plazmowanej jak na razie nie ma rewelacji.

Soki, enzymy i owoce

No właśnie, a czy istnieją w ogóle substancje cudowne? Oczywiście, że nie. Jednak w Internecie bez problemu znajdziemy informacje, które temu przeczą. Picie glinki czy soków z owoców noni wydaje się być lekarstwem na wszystkie dolegliwości. Masz cellulit, wzdęcia, kaca? Pij glinkę. Masz nowotwór? Glinka zdziała cuda! Używanie glinek w celach terapeutycznych nazywane jest argilloterapią i o ile w kosmetologii jest używana od dawna, o tyle nie ma naukowych dowodów, że jest to skuteczne lekarstwo na nowotwór, ani żadną inną chorobę. Mimo, że istnieją pojedyncze badania naukowe dotyczące użyteczności terapeutycznej soków z morwy indyjskiej (nie są bardzo przekonujące i nie będą kontynuowane), należy pamiętać, że przyjmowanie ich na własną rękę może szkodzić. W przypadku soków z noni i innych substancji pochodzących z tej rośliny niezwykle ważna jest odpowiednia dawka, zbyt wysoka może okazać się toksyczna i zamiast leczyć, może dodatkowo spowodować wystąpienie poważnych skutków ubocznych [5].

Zdrowa dieta pomaga naprawdę

Bez względu na rodzaj stosowanej terapii, ogromnie ważne jest prawidłowe odżywianie się. Komórki nowotworu intensywnie się dzielą i pożerają wielkie nakłady energii, przez co niewiele zostaje dla organizmu pacjenta. Właściwa dieta jest zatem kluczowa. Tymczasem sporo terapii, które miałyby zabijać raka, nie tylko pozwalają mu dalej rosnąć, ale przyczyniają się do większego osłabienia i wyniszczenia organizmu pacjenta. Wszelkie diety eliminacyjne czy oczyszczające niewątpliwie brzmią dobrze, ale w praktyce będą działały na niekorzyść organizmu. Dla przykładu, komórek rakowych nie da się „zagłodzić” – ale pacjenta już tak. Dodatkowo możemy doprowadzić do osłabienia wielu organów wewnętrznych, a nawet uszkodzenia wątroby (takie działanie ma całkiem sporo „naturalnych ziółek”, szczególnie z repertuaru domowo przygotowywanych preparatów azjatyckich) – a to uniemożliwi potem podanie skutecznych terapii antynowotworowych w szpitalu. W takiej sytuacji mamy pacjenta, który nie dość, że ma raka, to jeszcze zafundował sobie niewydolność wątroby, przez co nie mamy go już jak leczyć. Pacjent umiera, a winą znowu obarczony zostaje system – bo zmarł w szpitalu, znaczy, że lekarze nie pomogli.

Jak przyspieszyć chorobę nowotworową

Ogromną ingerencję w sposób odżywiania się wprowadza chociażby Terapia Gersona, która mimo tego, że nie jest poparta żadnymi badaniami naukowymi, ma jednak swoich licznych zwolenników. Terapia ta polega na przyjmowaniu określonej ilości świeżych soków oraz suplementacji z użyciem witamin, enzymów oraz innych substancji takich jak… płyn Lugola. Tak, ten sam, którego używamy czasem w laboratorium. Dodatkowo osoba poddana terapii powinna wykonywać regularne lewatywy, na przykład z użyciem… kawy! Wszystkie te działania mają doprowadzić do usunięcia z organizmu toksyn, które według pomysłodawcy tej terapii są główną przyczyną wszelkich chorób, w tym również nowotworów. Jak dalekie to jest od rzetelnej nauki, można zobaczyć chyba tylko z odległej galaktyki. Zarówno American Cancer Society jak i US National Cancer Institute (NCI) nie zalecają stosowania Terapii Gersona, ostrzegając przed jej negatywnymi skutkami. Do apelu dołączają się liczne towarzystwa naukowe z całego świata. Stosowanie częstych lewatyw może spowodować odwodnienie i wypłukanie z organizmu mikroelementów, uszkodzenie kosmków jelitowych, a stosowanie ubogiej w składniki odżywcze diety może nie dostarczać choremu odpowiedniej ilości kalorii, białek, witamin i minerałów – tak niezbędnych podczas leczenia onkologicznego [6]. Sądzicie, że metoda Gersona jest kontrowersyjna? To tylko wierzchołek góry lodowej. Zmienicie zdanie, kiedy poznacie np. popularne w polskim Internecie zalecenia dr Ashkara. W tym przypadku, aby wyleczyć nowotwór wystarczy okaleczać się regularnie, najlepiej na łydce, po czym do powstałej rany wciskać rozgniecione ziarno ciecierzycy, którego absorpcyjne właściwości mają spowodować pozbycie się z organizmu wszelkich kancerogennych substancji. Niestety, wśród osób, które straciły już wiarę w powodzenie innych terapii nowotworowych, znajdą się takie, które spróbują każdej metody, byleby wrócić do zdrowia. Dlatego warto ostrzegać swoich bliskich przed szarlatańskimi metodami leczniczymi, które nie tylko nie leczą, ale i zdecydowanie pogarszają zdrowie chorych.

Najcenniejszym zasobem jest czas

Kolejną istotną sprawą jest wspomniane już opóźnienie: chorzy zbyt późno zgłaszają się na badania. Kolejki i czas oczekiwania bywają długie, jednak jest to rzeczywistość, której nie jesteśmy w stanie zmienić z dnia na dzień. Chorzy czasem zaczynają się leczyć na własną rękę, zamiast udać się badania, diagnozują się przy pomocy Internetu. W sytuacji, kiedy do wyboru mamy alternatywne (czytaj: nieskuteczne) metody leczenia i możliwość szybszego, choć płatnego badania, warto zastanowić się przed wydaniem pieniędzy na „naturalne specyfiki”. Stosując metody, które nauka już dawno zdyskredytowała i oznaczyła metką „nie działa”, pozwalamy komórkom nowotworowym na dalsze podziały, na rozwój choroby i tworzenie się przerzutów. Opóźniamy prawdziwe, skuteczne leczenie, zmniejszając tym samym nasze szanse na wyzdrowienie. Tutaj klasyką gatunku pozostają wszelkie wlewy witaminowe czy kroplówki o równie magicznych właściwościach, co nazwach. Popularne są zwłaszcza w krajach rozwiniętych. Dziwnie kroplówka kojarzy się z czymś dobrym, natychmiast stawiającym na nogi – choć niektóre z tych specyfików występują także w postaci zwykłych i przyjemniejszych kapsułek. Ale nie, wkłuwanie się w żyłę z pewnością jest mniej przyjemne, zatem musi lepiej działać. Regularne poddawanie się takim terapiom trwa zwykle przez wiele miesięcy i bywa bardzo kosztowne. To również właśnie to okno terapeutyczne, w którym możliwe było podanie pacjentom prawdziwego i działającego leku, aby ocalić ich zdrowie i życie. Wyobraźcie sobie teraz, co czuje lekarz, gdy siedzi przed nim młoda pacjentka, być może młoda matka dwójki dzieci, z zaawansowanym nowotworem piersi, przerzuty do kości i wielu organów wewnętrznych, i słyszy od niej: Ale ja się leczyłam! Całe dwa lata jeździłam do Francji, do znanego profesora X i co dwa tygodnie brałam kroplówki! – kilka chwil porządnego researchu w Internecie i już wiemy, że profesor X został dawno temu pozbawiony prawa wykonywania zawodu, bo stosował dziwne terapie na swoich pacjentach, ale założył firmę i zarabia na wlewach. Nowotwór pacjentki należy do tych, na które ludzie już od lat nie umierają, i zwykła mastektomia mogła uratować jej życie, nie wspominając o terapiach celowanych. Ale jest już za późno, z bólem serca i krzykiem w głowie lekarz spokojnie i opanowanym głosem będzie sugerował leczenie paliatywne. A potem wróci do domu i nie zaśnie, bo wie, że tą pacjentkę można było uratować. I jeszcze wielu innych pacjentów, którzy naiwnie uwierzyli w szarlatanów.

Wszystko jest chemią, nawet czekolada

Przeglądając internetowe fora nie raz trafimy na opowieści pacjentów, których coś „naturalnego” wyleczyło, podczas gdy leczenie szpitalne nie dawało im już szans. Fachowo nazywamy to efektem placebo i rzeczywiście znane są przypadki, że całkiem nieźle działa. Zatem mniejsze znaczenie ma tutaj owa „naturalna terapia”, a zdecydowanie większe… wiara w powodzenie terapii. To oczywiście działa wszędzie, zwłaszcza w klinice. Wyniki całego szeregu badań psychoonkologicznych dostarczają nam dowodów na wyższą skuteczność leczenia u tych pacjentów, którzy zwyczajnie wierzą w powodzenie terapii, mają pełne zaufanie do swojego specjalisty prowadzącego i z optymizmem podchodzą do wybranej terapii, a także stosują się do zaleceń. I to jest kolejny wątek, wymagający osobnego artykułu: okazuje się, że większość pacjentów nie stosuje się do zaleceń. Skraca lub zmienia zalecenia wedle własnych pomysłów, modyfikuje i dodaje „naturalne ziółka”, aby później narzekać na nieskuteczność zaleconych przez lekarza specyfików. Dokładnie z tego powodu wiele krajów dopuszcza istnienie „dodatkowych pomocników” na oddziałach onkologicznych. Na przykład różdżkarzy czy zielarzy. Warunkiem jest ich ścisła współpraca z lekarzem prowadzącym: zanim do terapii zostanie włączone magiczne ziele czy oczyszczający soczek, musi to być skonsultowane i omówione z lekarzem (lub nawet całym zespołem klinicznym – bo w krajach rozwiniętych istotne decyzje medyczne nie są podejmowane przez jednego specjalistę, ale cały zespół składający się z różnych specjalności) szczególnie pod kątem możliwości wystąpienia niekorzystnych interakcji chemicznych (kolejny raz podkreślamy: preparaty ziołowe to ciągle chemia, witaminy to ciągle chemia, czekolada to też chemia). Czasem jednak specyfiki przyjmowane przez pacjentów przechodzą wszelkie pojęcie: no bo jak oszacować interakcje czy wystąpienie możliwych reakcji niepożądanych pomiędzy danym lekiem z chemioterapii czy immunoterapii, a ziołową mazią przywleczoną przez pacjenta z odległej chińskiej wioski? Specyfik przygotowywała w najlepszej wierze szamanka, ale co tam dodała i w jakich proporcjach – pewnie sama nie pamięta.

Medycyna jest tylko jedna

Na koniec przypomnienie o bardzo ważnej sprawie: medycyna jest tylko jedna. Nie dzielimy jej na konwencjonalną, alternatywną, naturalną czy chińską. Jedyny sensowny podział, który stosujemy, to podział terapii na takie, które działają, i takie, które nie działają. A także terapie, które mogą nam poważnie zaszkodzić. A skąd to wszystko wiemy? Z rzetelnych, naukowych badań. Nauka działa w służbie ludzkości, a nie przeciwko niej. Warto o tym pamiętać.

 

 

Bibliografia:

[1] Vissers MCM, Das AB. Potential Mechanisms of Action for Vitamin C in Cancer: Reviewing the Evidence. Front Physiol. 2018;9:809.

[2] Malec M. Właściwości przeciwnowotworowe kurkuminy. 2019:7.

[3] Wang X-J, Chen J-Y, Fu L-Q, Yan M-J. Recent advances in natural therapeutic approaches for the treatment of cancer. J Chemother. January 2020:1-13.

[4] Watt BE, Proudfoot AT, Vale JA. Hydrogen Peroxide Poisoning. Toxicol Rev. 2004:7.

[5] Singh B, Sharma RA. Indian Morinda species: A review. Phytother Res. December 2019:ptr.6579.

[6] Molassiotis A, Peat P. Surviving Against All Odds: Analysis of 6 Case Studies of Patients With Cancer Who Followed the Gerson Therapy. Integr Cancer Ther. 2007;6(1):80-88.

https://www.theguardian.com/science/blog/2007/jul/19/naturaldoesntmeansafe

https://www.cancer.gov/about-cancer/treatment/cam

https://jamanetwork.com/journals/jamadermatology/fullarticle/2751513

https://www.zwrotnikraka.pl/niekonwencjonalne-metody-leczenia-raka/

https://www.nytimes.com/1996/04/19/opinion/natural-doesn-t-mean-safe.html

 

Podziel się: